Izraelskie tarcze antyrakietowe

Kiedy w 1983 roku Ronald Reagan ogłosił rozpoczęcie prac nad tarczą antyrakietową, która uchroni Amerykę przez zmasowanym atakiem atomowym z ZSRR, naukowcy uznali go za fantastę. Radzieckie rakiety miały być niszczone podczas lotu przez antyrakiety wystrzeliwane z wyrzutni naziemnych i przez lasery umieszczone na sztucznych satelitach krążących wokół Ziemi. Wizjonerski projekt potocznie nazywano „gwiezdne wojny”, co było na poły złowrogie, a na poły szydercze.

Od kilku lat również Izraelczycy marzyli o tarczy antyrakietowej, ale porównując ich z Reaganem, wypada wymienić trzy zasadnicze różnice.

Po pierwsze, dla Izraela sprawa jest bardziej paląca niż dla Ameryki w latach 80. Nie chodzi bowiem o obronę przed hipotetycznym atakiem wroga. Od 2000 roku bojownicy ze Strefy Gazy odpalili na Izrael ponad 13 tys. pocisków – w większości kassamów, czyli prymitywnych rakiet domowej roboty. Wprawdzie większość spadła na pustynię, nie czyniąc żadnych szkód, ale niektóre trafiły w tereny zamieszkane. Zabiły ponad 30 osób, raniły setki i terroryzowały setki tysięcy Izraelczyków, którzy znaleźli się w ich zasięgu.

Po drugie, rakiety odpalane ze Strefy Gazy mają niewielki zasięg – maksymalnie kilkadziesiąt kilometrów – co w pewnym sensie utrudnia zadanie tarczy. Pocisk międzykontynentalny potrzebuje około pół godziny, żeby dolecieć z Syberii do Kalifornii. W tym czasie można podjąć nawet kilka prób jego zniszczenia. Rakieta wystrzelona z Gazy leci pół minuty, maksymalnie minutę.

Po trzecie wreszcie, „gwiezdne wojny” Reagana pozostały fantazją, a izraelska tarcza rakietowa powstała i – jak się właśnie okazuje – podobno działa znakomicie.

Żelazna Kopuła kosztowała dotąd 500 mln dolarów, ale połowę wyłożyli Amerykanie (i obiecali, że w najbliższych latach dorzucą jeszcze pół miliarda). – To program kluczowy dla bezpieczeństwa izraelskich rodzin – mówił kilka miesięcy temu prezydent Barack Obama, prosząc Kongres o kolejne dotacje dla Izraela.

z12915312X